Książka: 50 twarzy Tindera autorstwa Joanna Jędrusik, wydawnictwa: Krytyka polityczna. Dostępna w Woblink! Liczba stron: 288 to gwarancja świetnej zabawy. 50 twarzy Greya | Fragment | Robię co mi każe Przesuwa dłonią wzdłuż moich pleców, aż dociera do pośladków. Kiedy się odsuwa, też głośno dyszy, a oczy ma niemal czarne. Pięćdziesiąt twarzy cudownego prezydenta juesej. Książka powstała w celach humorystycznych i nie ma na celu urazić pana Donalda. 12.11.2016r. - #14 w humor Okł Rozmiar: 2,7 MB. Data premiery: 2019-04-15. Każdy sprzedawca w empik.com jest przedsiębiorcą. Wszystkie obowiązki związane z umową sprzedaży ciążą na sprzedawcy. Za wysłanie produktu odpowiada sprzedawca. 50 twarzy Tindera 23,90 zł. Opis produktu Informacje szczegółowe Recenzje. . „Spacer na świeżym powietrzu robi swoje. A w głowie krystalizuje mi się plan. Wcale nie jestem z niego dumna i myślę, że chyba jest strasznie głupi. Czy kiedykolwiek mercy fuck był dobrym pomysłem?! Okropnie się czuję po tym, jak zdarzy mi się pójść z kimś do łóżka z litości. To tak, jakbym miała nad nim władzę, a nikt nie powinien się tak czuć, nie na randkach, nie w łóżku”. Fragment książki Joanny Jędrusik „50 twarzy Tindera”, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki piszę o smutku, to od razu przypomina mi się Piotr. Trzydzieści cztery lata. Krótki opis: „Robię doktorat, więc często odwiedzam Warszawę, w której już niestety nie mieszkam. Podobno jestem nerdem. Nie rozumiem za bardzo, o co chodzi z tym Tinderem i randkowaniem, ale chciałbym się spotkać z jakąś dziewczyną. Nie lubię: klubów, tańczyć, techno, dewocji, zapachu cytrusów, rodzynek. Proszę, umiej czytać, pisać i odmieniać wyrazy przez przypadki”. I tyle. Zdjęcie w fartuchu lekarskim. Trochę lecę na lekarzy, więc tym chętniej przewijam w prawo. Rozmawiamy chwilę, wyciągam z niego, że jest nerdem, bo lubi stare gry i stare komputery. Mówi, że razi go prawicowy konserwatyzm, ciemnota, brak tolerancji. Lekarz lewak, czyli zajebiście. Proponuję pójście do Padbaru, można grać w bijatyki i jest swobodnie. Umawiamy się na piątek po pracy. Sobotę zostawiam na inną randkę, nie obiecuję sobie zbyt wiele po spotkaniu z Piotrem. Rozmowa jest sztywna i czuję się trochę tak, jakbym konwersowała z botem Google’a. Przychodzi punktualnie. Ubrany jak Bardzo Grzeczny Chłopczyk. Koszula zapięta pod szyję, gładko ogolony. Ma szerokie ramiona i jest dość wysoki, ale poza tym nic specjalnego. Daje mi swoją wizytówkę, jestem tak zdziwiona, że chowam ją do portfela bez czytania. W ogóle sprawia wrażenie, jakby był z innej planety. Podaje mi rękę z pół sztywnym, pół szarmanckim ukłonem, który dzisiaj można zaobserwować tylko u starszych panów po sześćdziesiątce. Przedstawia się w najdziwniejszy sposób na świecie, recytuje coś w stylu streszczenia życiorysu, trzymając śmiesznie rękę na piersiach, jakby na wszelki wypadek chciał podkreślić, że mówi o sobie: „Piotr Jasiński. Pochodzę z Krakowa, studiowałem i pracowałem w Warszawie na Uniwersytecie Medycznym. Obecnie współpracuję z trzema ośrodkami naukowymi, w Szwajcarii, San Diego i Toronto. Mam trzydzieści cztery lata, nigdy nie byłem żonaty”. O kurwa, myślę sobie. Ale cudak. Też się przedstawiam, chyba pierwszy raz na randce z Tindera używając nazwiska. Faceci, z którymi się spotykam, często poznają je dopiero po kilku miesiącach. W końcu nie ma go na Facebooku, więc gdzie mieliby je zobaczyć? Na wszelki wypadek dorzucam, jakie skończyłam studia i gdzie pracuję. Cudak czy nie, ale mogę się trzymać konwencji. Medytacja orgazmiczna, czyli niesienie światu kobiecego orgazmu czytaj także Zamawiamy po drinku, siadamy w loży pod sporym ekranem, na którym czeka gotowy do uruchomienia Mortal Kombat. Mój towarzysz zaczyna objaśniać, że zainteresował go mój profil, ponieważ deklaruję lewicowe poglądy i czytanie książek, więc możliwe, że mamy wspólne zainteresowania. O ja cię pierdolę! Pierwszy raz ktoś mi tłumaczy, w dodatku na samym początku randki, dlaczego przewinął moje zdjęcie w prawo. Przechodzi do refleksji na temat aplikacji, podaje mi, ile milionów ludzi na świecie używa Tindera, i tym uzasadnia fakt, że sam postanowił spróbować. – Od dawna z niego korzystasz? – pytam, bo chcę jakoś nawiązać do ostatniej informacji. – Od 16 czerwca tego roku. – To znaczy dwa tygodnie? – Dwa tygodnie i dwa dni – poprawia mnie z lekką pretensją w głosie, jakbym pomyliła się w tabliczce mnożenia. Puszczam to mimo uszu. – I jak ci się podoba? – Chyba uczę się rozmawiać z dziewczynami. Miałem dziewczynę całe studia, ale w praktyce oznacza to, że umiałem rozmawiać z jedną. A na Tinderze jest was więcej i czasem nie wiem, o co chodzi. Od pół roku chodzę na siłownię, wychodzi mi coraz lepiej, rozumiem już wszystkie maszyny do ćwiczeń. Zaczynam się zastanawiać, czy nie mam do czynienia z jakimś lekkim przypadkiem nerdaspergera. – Na przykład ostatnio dziewczyna tłumaczyła mi na spotkaniu, że dopiero na trzeciej randce uprawia się seks. O kurwa, faktycznie nerdasperger. – Eeee, nie zawsze. Nie wiem, dlaczego to mówię, mam nadzieję, że nie brzmi jak obietnica. Gorączkowo zmieniam temat i proponuję grę. Gramy w Tekkena, raczej przegrywam, jest naprawdę dobry. W trakcie zamawiamy kolejne drinki. Mieszkanie za seks czytaj także Piotr zaczyna mi się podobać, jest małomówny. Z dwojga złego wolę to niż wiecznie gadających kolesi, którzy kipią energią i entuzjazmem. Z drugiej strony kiedy już coś mówi, brzmi to, jakby napisał mu to algorytm. Albo jakby wypełniał jakiś formularz. Wypijam w trakcie grania pięć czy sześć drinków, cholerstwo wchodzi jak oranżada, a w środku ma chyba absynt, więc nic dziwnego, że Piotr wygląda teraz całkiem fajnie. Próbuję się czegoś o nim dowiedzieć, ale trudno się rozmawia. Nie flirtuje, czuję się, jakbym robiła wywiad. W końcu odkładamy pady i jest szansa na normalną rozmowę. – Pisałeś, że robisz doktorat. Jaki dokładnie? – Skończyłem wydział biologii. Obecnie robię doktorat z chemii. – O, nieźle. A co właściwie robisz w pracy? Ukrywam zawód w głosie, liczyłam na lekarza, a koleś jest chemikiem. No dobra, mogło być gorzej, przecież nie sprzedaje kredytów chwilówek czy coś takiego. – Zajmuję się biologią molekularną. Pracuję teraz za granicą nad markerami nowotworowymi, jestem w zespole, który zajmuje się ulepszaniem diagnostyki i zwiększaniem kwalifikacji do badań wykrywających ryzyko wystąpienia nowotworów. Mówi wszystko na jednym wydechu, jakby ćwiczył wcześniej naszą konwersację. Właściwie całkiem możliwe, że ćwiczył. Chwilę zajmuje mi przetrawienie tych informacji, jestem trochę pijana i powoli myślę. – Czyli szukasz lekarstwa na raka? – Można tak powiedzieć; zajmujemy się ulepszaniem procesu diagnostyki różnicowej i procesów kwalifikujących pacjentów do leczenia i testów klinicznych. Feminizm dla 99 procent [rozmowa z Nancy Fraser] czytaj także Po chwili dodaje objaśniająco: – Wszystkie dziewczyny mówią, że to nudne. – No co ty, leczenie raka jest ekstra, nie możesz tak wierzyć każdej napotkanej dziewczynie. – Czyli tobie też nie mogę? – pyta strasznie poważnie. Ładnie wygląda, jak jest taki poważny. Patrzę na jego szerokie ramiona, cholera, jak można siedzieć w laboratorium i mieć takie ramiona!? Dotykam jego kołnierzyka i chyba wspinam się na wyżyny flirtu, na jaki mnie stać po sześciu drinkach. – Właściwie szukanie lekarstwa na raka jest strasznie seksowne. – Moja mama na moich oczach umierała na raka, jak byłem w liceum. Właściwie umierała przez trzy lata. Dlatego wybrałem taki zawód. – O kurwa, o kurwa, o kurwa! Jeszcze trzy sekundy temu byłam gotowa przyciągnąć go do siebie, powiedzieć, że właściwie jest supermanem i że dziewczyny strasznie lecą na supermanów, a potem go pocałować. O kurwa! – Przykro mi – mówię i zupełnie szczerze spuszczam głowę. Dlaczego takie rzeczy muszą się dziać? Wygląda teraz na strasznie smutnego i spiętego. Biorę go za rękę. Przysuwam się bliżej. Z głośników leci zupełnie niepasujące do sytuacji eurodance z lat 90. Czuję się, jakbyśmy byli najbardziej samotnymi ludźmi na świecie. Kładę mu głowę na ramieniu. Trochę dlatego, że nie wiem, co robić, nie wiem, co powiedzieć. W dodatku rozpoznaję muzykę, to DJ Bobo, czy może być jeszcze gorzej? Cały nastrój prysł, chyba drinki robią swoje. Ściska mnie w gardle, nie mogę tego powstrzymać, oczy zachodzą mi łzami. Nie płaczę, po prostu lecą mi łzy. Na szczęście na mnie nie patrzy, opiera głowę o moją, trzyma mnie za rękę. Po bardzo długiej ciszy mówi: – Przepraszam, nie chciałem zepsuć nastroju, jestem beznadziejny, jeśli chodzi o rozmowy z dziewczynami, zawsze mówię coś głupiego i często wychodzą. Głośno pociągam nosem, próbuję się bardziej nie rozpłakać. – Płaczesz? Kiwam delikatnie głową. – Słuchaj, to było dwadzieścia lat temu. Chcesz iść na zewnątrz, na powietrze? Znowu kiwam głową. Zapytałam dziewczyny o narkotyki i seks na polskich festiwalach czytaj także Biorę torebkę, wstajemy i wychodzimy. Idę pierwsza, żeby nie widział mojej twarzy. Kiedy płaczę, robię się cała czerwona, wyglądam jak Jelcyn po trzecim bajpasie. Myślałam, że wyjście na zewnątrz mnie otrzeźwi i przestanę płakać, ale z jakiegoś pierdolonego powodu nie przestaję. Wyjmuję chusteczkę i próbuję wytrzeć oczy, żeby nie przypominać rozmazanej pandy. – Czy powinienem teraz cię objąć? Nie mam siły analizować głupiego pytania, kiwam głową. Obejmuje. Bardzo delikatnie i trochę aseksualnie. Albo zupełnie nie ma wprawy, albo nie chce mnie przestraszyć. Boję się poruszyć, uspokajam się. – Asia, przepraszam. – Nie przepraszaj, nic nie zrobiłeś, to ja. Nie znam nikogo, kto umarł na raka, nie wiem, dlaczego zrobiło mi się tak smutno. To ja przepraszam. – Nie, to moja wina. Wszystkie moje spotkania kończą się jakoś niezręcznie, chyba dziewczyny zupełnie nie… – zacina się na chwilę, puszcza mnie. – Chyba nie nadaję się zupełnie do dziewczyn, lubię je, ale ich nie rozumiem. Cholera, muszę coś zrobić. Nie wiem, czy się nie nadaje, ale nie puszczę go do domu w tym stanie. – Będzie ci przeszkadzać, jak zapalę? – Nie ma problemu. – A mógłbyś mnie przytulić? Jeśli ci to nie przeszkadza. Jak zostałem profesjonalnie przytulony czytaj także Mam jakiś zejściowy nastrój. Przytulanie pomaga na wiele rzeczy. Bez słowa mnie przytula, oplata mnie ramionami, stojąc trochę z boku, żebym mogła odpalić papierosa. Dobrze mi teraz, ciepło, spokojnie, papierosy pomagają, uspokajają. Piotr zwalnia uchwyt, wyjmuje z kieszeni marynarki swoje papierosy, wyciąga jednego ustami i podpala wolną ręką. Trochę się dziwię, nie wygląda na palącego. Palenie nie pasuje do laboratorium, grzecznej koszuli z białym T-shirtem pod spodem, doktoratu z chemii i siłowni. Wróbel: Zanim staniecie się kobietami czytaj także – Czy mógłbym cię odprowadzić do domu, czy nie chcesz mnie już widzieć? Dziwię się, ale chyba nie ma ochoty na dalszą randkę, rozumiem go. – Na poprzednich randkach dziewczyny nie chciały? Kurwa, nie wiem, skąd mi przyszło do głowy takie pytanie. – Nie chciały. Robi mi się go żal, cholernie żal. I czuję jakiś bunt. Bo jak ktoś może spławić tego kolesia? Okej, można nie umawiać się z nim na kolejne spotkania, ale przecież jest cholernie miły i… i szuka lekarstwa na raka. – Ja chcę. – Bardzo się cieszę. Słyszę autentyczną radość w jego głosie. Cholera, słodki jest, zawstydził się jak dzieciak. Ma fajny niski głos. Zaczynamy iść w stronę ogrodu Saskiego, biorę go odruchowo za rękę. – Ostatni raz szedłem z dziewczyną za rękę dwa lata temu – mówi. Jezu, nie wierzę, że nie znalazła się żadna dupa, która by chciała… – A z ładną dziewczyną to chyba ze cztery lata temu. Mokry sen o edukacji seksualnej czytaj także Okej, zdecydowałam. Zabieram go do domu. Atmosfera wraca do normy. Pytam go o te dziewczyny. Ta cztery lata temu była laborantką z Zurychu. Dwa lata temu – biochemiczka z Niemiec, spotkali się na jakiejś konferencji. Czuję, że trzeźwieję. Spacer na świeżym powietrzu robi swoje. A w głowie krystalizuje mi się plan. Wcale nie jestem z niego dumna i myślę, że chyba jest strasznie głupi. Czy kiedykolwiek mercy fuck był dobrym pomysłem?! Okropnie się czuję po tym, jak zdarzy mi się pójść z kimś do łóżka z litości. To tak, jakbym miała nad nim władzę, a nikt nie powinien się tak czuć, nie na randkach, nie w łóżku. To jak dawanie jałmużny. Robienie laski w ramach łaski. Czuję do siebie lekkie obrzydzenie, bo zaczynam o tym myśleć całkiem poważnie. Bo dziewczyny go nie chcą, bo on o tym wie, bo umarła mu matka. Serio, idziemy i milczymy, a ja myślę o tym, żeby ruchać faceta, bo umarła mu matka. Mijamy Grób Nieznanego Żołnierza. Trwa krępująca cisza. Zajebiście krępująca cisza, bo zwykła krępująca cisza trwa od trzydziestu sekund do minuty, a my milczymy już dobre pięć minut. – Mogę na chwilę usiąść? – Pewnie, posiedźmy, lubię siedzieć w parku nocą. Siedźmy, ile chcesz. Siadam na ławce obok fontanny. Przypominam sobie inny powrót z tego samego baru, wieczorem, z kolesiem, który właściwie chyba mi się nie podobał. Były nieziemskie upały, oboje byliśmy nieźle pijani. Weszłam wtedy do tej fontanny; położyłam telefon i portfel na murku, przełożyłam nogi i zaczęłam chodzić po wyłożonym kafelkami dnie. Było zaskakująco głęboko. Woda była fajna i zimna. Tamten facet zrobił to samo. Zaczęliśmy się przekomarzać i żartować z tego, że jest ślisko i… przewróciłam nas, celowo, do wody. Po chwili całowaliśmy się w środku nocy, pływając w fontannie. W ogrodzie Saskim. Najlepiej. I byłby to pewnie zajebiście słodki i romantyczny moment, aż kiczowaty, jak z TVN-owskiej komedii romantycznej, gdyby nie to, że zupełnie nic do niego nie czułam, po prostu miałam okropną ochotę na seks. Dopiero co zostawił mnie Borys i po prostu tego potrzebowałam. Poszliśmy do mnie, zaczęliśmy się pieprzyć pod prysznicem. Było całkiem nieźle. Następnego dnia oboje dostaliśmy zajebistego zapalenia spojówek. W tej fontannie kąpią się bezdomni i srają do niej gołębie. Młodzież nie jest dziś „rozseksualizowana” bardziej niż sto lat temu [rozmowa z Agnieszką Kościańską] czytaj także Uśmiecham się do wspomnień. I uspokajam. Naprawdę chcę zabrać Piotra do domu. Wstaję, podaję mu rękę, idziemy dalej. Zagaduję go o tę chemię molekularną czy biochemię jakąś tam. Proszę, żeby mi wyjaśnił, co to jest. Strasznie ciekawie opowiada. – Powinieneś być nauczycielem, fantastycznie tłumaczysz takie sprawy komuś, kto nie zna się na rzeczy. – Z twoich pytań wynika, że dysponujesz więcej niż podstawową wiedzą z zakresu medycyny i rozumiesz średniozaawansowaną terminologię z zakresu moich badań. Wow, Piotr nawet w rozmowie po pijaku brzmi, jakby pisał raport dla instytucji naukowej. – Skąd u ciebie taka wiedza? Przecież nie uczyłaś się tego w szkole, studiowałaś nauki ścisłe? – Wprost przeciwnie, właściwie studiowałam ich dokładną odwrotność, sto procent humanistyki. Po prostu lubię seriale i książki medyczne. O medycynie, takie dla laików – poprawiam się na wszelki wypadek, zanim zacznie myśleć, że czytam do poduszki oksfordzki podręcznik chirurgii. Co prawda mam go w domu i co jakiś czas przeglądam, ale to dla mnie obce terytorium i wolę się nie przyznawać, bo może to niebezpiecznie podnieść poprzeczkę rozmowy. W ogóle to jedna z tych rzeczy, do których niechętnie się przyznaję. Chyba i tak jestem wystarczająco dziwna. Wolę udawać, że oglądam Grey’s Anatomy, niż opowiadać, że przeglądam atlas Henry’ego Graya. – Kiedy byłem mały, czytałem książki Thorwalda. – Właśnie o nim mówię, przeczytałam już wszystkie o medycynie i wojnie. Nie dobrnęłam tylko do końca medycyny sądowej. – To dziwne, że interesujesz się takimi rzeczami. – Okej. Nie wiem, dlaczego dziwne, ale niech ci będzie. – A lubisz fantastykę? Lubię, rozmawiamy o niej całą drogę. Przeczytał wszystko, co znam, i wygląda na to, że dużo więcej. Śmiejemy się z antologii rosyjskiej fantastyki. Kurwa, nie dość, że wszystko przeczytał, to jeszcze wszystko pamięta w szczegółach. Trochę Rain Man. Tak, musiał mieć ciężkie życie. I samotne. Trzy przyjaciółki, dorastanie i depresja czytaj także Stajemy w końcu pod wejściem do mojej klatki. – Chcesz wejść? Wygląda, jakby nie rozumiał. Potrafiłby pewnie przeprowadzić dowód na twierdzenie Fermata, ale wyraźnie nie ogarnia, że właśnie zapraszam go do siebie. – Do mnie do domu. Mam piwo – wyjaśniam. – Tak, bardzo chcę, jeśli się nie narzucam i nie jest dla ciebie za późno. – Nie jest. Nie mam pojęcia, która godzina, ale jest piątek, mogę jutro spać do późna. Wchodzimy do mnie. Siada na kanapie, idę do kuchni po piwo. – Poruszyłem myszą od kompa, leżała na poduszce – mówi. – Mogę puścić muzykę? Na ekranie wyświetlił się Spotify. – Jasne. Idę po otwieracz i słyszę, że puścił Joy Division. O kurwa. Trochę mnie tym rozbraja. Nic nie mówię, odstawiam piwa, klękam obok niego na kanapie. Dotykam jego twarzy, wygląda na zajebiście zdziwionego. Całuję go, kolejne zaskoczenie. Ale tym razem nie tylko on jest zaskoczony, ja też, bo Piotr fantastycznie się całuje. – Asia, czy ty… – Cicho. Nie chcę, żeby pytał, myślał, był uprzejmy, przerywał. Jest dziwnie, jestem przygotowana na totalną porażkę, ale przynajmniej niech nic w trakcie nie mówi. Siadam na nim okrakiem. Rozpinam mu koszulę, on rozpina mi sukienkę. Jest trochę niepewny i niezdarny. Cholera, przechodzi mi przez głowę, może on jest prawiczkiem. Hm, właściwie byłby to kolejny powód do pity fucka. Okej, może miał ciężkie dzieciństwo i jest nieśmiały, ale należy mu się coś od życia, w końcu jest pieprzonym bohaterem, jeśli weźmie się pod uwagę, co robi w pracy. Bohaterowie powinni mieć przyjemne życie. Skupiam się więc na uprzyjemnianiu. Bez przekonania, ale skoro już zaczęłam… Teraz to już tylko zamknąć oczy i myśleć o Anglii. Męczy się z moim stanikiem, ciągnę go, żeby wstał z kanapy, prowadzę za rękę kilka kroków dalej, w stronę łóżka, i sama rozpinam stanik po drodze. Leżymy obok siebie, zaczynam mu zdejmować spodnie. A potem świat eksploduje. Pierwszy raz dlatego, że zaczyna całować moje cycki i lekko gryźć sutki, a robi to fantastycznie. Drugi – bo ma jednego z bardziej spektakularnych kutasów, jakie widziałam. W dodatku po takiej ilości alkoholu stoi i jest twardy jak stal. Sięgam po gumki do szuflady przy łóżku. Niedługo potem świat eksploduje po raz trzeci. A potem czwarty i piąty. I tak dalej. Nie chcę, żeby pytał, myślał, był uprzejmy, przerywał. Jest dziwnie, jestem przygotowana na totalną porażkę, ale przynajmniej niech nic w trakcie nie mówi. Jakieś półtorej godziny później leżę obok niego, palimy papierosy i zastanawiam się, czy to nie był najlepszy seks w moim życiu. W każdym razie jeden z lepszych. – Jesteś zajebiście dobry w łóżku, wiesz o tym? Wygląda na zdziwionego jak cholera. – Taaak? No chyba nie tak bardzo, spałem w życiu tylko z dwiema kobietami, żadna mi tego nie mówiła. Właściwie jedna się skarżyła, że zachowuję się, jakbym grał w filmie dla dorosłych, i że przez to jej nie szanuję. I obraziła się raz… Nie dość, że mówi o pornosach „filmy dla dorosłych”, to po doprowadzeniu mnie trzy razy do orgazmu dalej wstydzi się rozmawiać ze mną o seksie. Słucham zszokowana, ale nie przerywam. – Obraziła się, ponieważ chciałem, żebyśmy spróbowali inaczej. Mówiła, że od tyłu to obrzydliwe, bo nie jesteśmy zwierzętami – w końcu to z siebie wydusił. – I jeszcze mówiła, że mój… że jest za duży. Wyraźnie ma problem z użyciem słowa „penis”. – A druga dziewczyna mówiła, że seks trwa za długo i że mam głupie pomysły, i ją duszę, i że przy świetle na nią patrzę, i że tak nie lubi, że nie będzie na mnie siedzieć, bo wtedy grubo wygląda. Jak powiedział Karol Wojtyła: „Bywa nieraz, że stajemy w obliczu prawd, dla których brakuje słów”. Z racji tego, że brakuje mi słów, gapię się na niego i staram się przemielić w głowie to, co powiedział. – Ty jesteś niesamowita, było niesamowicie. Całuję go w ramię i mocniej przytulam. Dalej nie przychodzi mi do głowy nic mądrego, co mogłabym powiedzieć. Całuję jego obojczyk, szyję, schodzę niżej, zdecydowanie niżej. Powstrzymuje mnie gestem. – Ja nigdy nie… Znowu nie przechodzi mu to przez gardło, brzmi, jakby był wystraszony. A ja znowu jestem w szoku: ma trzydzieści kilka lat, jest w sumie całkiem przystojny i fajny, a nikt nigdy nie zrobił mu laski? Kurwa, co jest z tym światem?! – A chciałbyś? – pytam na wszelki wypadek, nie chciałabym, jakkolwiek by to zabrzmiało, robić komuś laski niekonsensualnie. Patrzy na mnie zdziwiony. – To nic strasznego – staram się go uspokoić. – Wiem, nie przerywaj, chcę… Rozmawiajmy z dziećmi o seksie od najmłodszych lat czytaj także Jeśli istnieje tryb ekspercki w seksie oralnym, to staram się do niego zbliżyć, żeby zrekompensować mu te lata, kiedy nie wiedział, jak to jest. Przekonuję się co prawda, że przy takich rozmiarach głębokie gardło jest dość trudne i można stracić oddech na odrobinę za długo. Nie chcę być pierwszą zdobywczynią nagrody Darwina, która udusi się kutasem, no sorry. Może to niezbyt racjonalne myśli, ale kto w takich momentach zachowuje rozsądek? Uruchamiam wszystkie sztuczki, wkładam w to całą pasję, jaką jestem w stanie z siebie wykrzesać. A mam jej cholernie dużo, bo przed chwilą było fantastycznie. Po czymś takim to już nie jest pity blowjob, nie robię mu laski z litości. Gdyby się opierał i wahał, chyba byłabym gotowa go prosić, żeby mi pozwolił. Na szczęście nie przerywa. Strasznie się wczuwam, zmieniam tempo, żeby za prędko nie skończył. Kiedy zaczyna jęczeć, próbuje mi przerwać. Chyba myśli, że jeśli spuści mi się do ust, będę święcie oburzona i zwyzywam go od świń. – Ja… zaraz… – Wiem. Wcale nie mam zamiaru przestawać. Cholera, on takie rzeczy widział tylko na filmach. Dochodzi bardzo mocno, pod koniec głośno jęczy, co szalenie lubię. Po takiej reakcji wiem, że robię komuś dobrze, a to z kolei jest megapodniecające. W ogóle seks w ciszy jest jakiś smutnawy. Ja nie umiem być cicho, jeśli tylko jest dobrze. Piotr kończy mi w ustach, przez chwilę dyszy. – Niesamowite… To było niesamowite… Dziękuję. W ogóle seks w ciszy jest jakiś smutnawy. Ja nie umiem być cicho, jeśli tylko jest dobrze. Uśmiecham się. Przytula mnie, całuje moją twarz, całuje ręce, usta, czoło, policzki. Jest rozpromieniony, wdzięczny. Czuję się, jakbym była ciotką z Ameryki i właśnie oświadczyła, że zostawiam mu w spadku milion dolarów. Potem długo o tym rozmawiamy. Tłumaczę mu, że chyba jego poprzednie dziewczyny miały dość konserwatywne poglądy i właściwie miał trochę pecha, bo wydaje mi się, że większość kobiet nie jest już aż tak pruderyjna. Rozmawiamy o tym, co jest fajne, co nie, mówi mi o swoich wrażeniach z dzisiejszego wieczoru. Cholera, dziwnie tak spotkać takiego Kaspara Hausera seksu, który uważa wszystko za nowość i nie do końca wie, jak do tego podejść. Z drugiej strony ma jakiś genialny instynkt. Kiedy nie uprawia seksu, jest szalenie nieśmiały, przestraszony, zdystansowany i niepewny. A kiedy zaczyna, jest po prostu rewelacyjny. Może jest Rain Manem seksu? Chyba tak, oboje nas nakręca ta rozmowa i Piotr kolejny raz udowadnia mi, że posiada wrodzony talent. Śpimy kilka godzin, potem proponuję, że zrobię śniadanie. Koniecznie chce mi pomóc. Zupełnie nie radzi sobie w kuchni. Po kilku pytaniach o to, jak kroić pomidory, który nóż jest do chleba i jak włączyć ekspres do kawy, przyznaje zawstydzony, że pije tylko herbatę, a poza tym nie gotuje, chyba że trzeba coś odgrzać w mikrofali. Potem jest szczerze zachwycony tostami z pomidorami i jajkami sadzonymi. Wydaje nam się, że coś powinno nas kręcić, bo tak napisali w gazecie [rozmowa z Natalią Trybus] czytaj także W końcu mówi, że nie chce mi zajmować całego dnia, zerka na zegarek na ekranie smartfona. Wygląda na spanikowanego, bo dochodzi do niego, że już dwunasta. Przeprasza, że się zasiedział, uspokajam go, że nic się nie stało, nie mam żadnych planów. Właściwie to dwie godziny temu wymówiłam się bólem brzucha od rodzinnego spędu, bo wolałam z nim spędzić poranek, ale na wszelki wypadek o tym nie wspominam, bo i tak koleś jest chodzącym poczuciem winy. – Asiu, tak jak pisałem, zanim się spotkaliśmy, jestem w rozjazdach, ale bardzo bym chciał się z tobą zobaczyć, zanim wyjadę do Zurychu. To było niesamowite. Po czymś takim nie śmiałabym odmówić. Daję mu numer telefonu i na wszelki wypadek upewniam się, że umie pisać esemesy. Pierwszego dostaję godzinę po jego wyjściu. Dziękuje i pyta, kiedy mam czas się spotkać. Mam ochotę napisać, że właściwie to za trzy godziny, ale spuszczam z tonu i proponuję wtorek. We wtorek przychodzę do wynajętego przez niego mieszkania. Wszędzie panuje nieskazitelny porządek, wszystko poukładane jak od linijki. Na szafkach kartki z opisem zawartości, to samo na pudełkach. W łóżku znowu jest fantastycznie. Po wszystkim leżymy i palimy papierosy. Głaszczę go po plecach. Pytam, czy ma jakieś fantazje, które chciałby zrealizować. Zaczyna mówić o możliwościach kolonizacji Marsa. Uświadamiam mu, że chodzi mi o seks. Nie umie tego z siebie wydusić. Zmieniam temat, wyjmuję z torebki butelkę burgunda, wypijamy ją we dwoje. Wracam do tematu fantazji, butelka wina przeważnie rozwiązuje język. Przyznaje, że chciałby kiedyś powiedzieć w łóżku coś niegrzecznego. Odnotowuję w głowie, że dirty talk i świństwa w łóżku go nie zniechęcą, fajnie, bo też to lubię. Bardzo. Wyciągam z niego jeszcze kilka rzeczy. Chciałby mieć zawiązane oczy. I związane ręce. Następnym razem z radością spełniam jego fantazje. To trochę dziwne, bo zwykle to faceci wprowadzają mnie w świat nowych doznań i doświadczeń, tutaj role się odwracają. Robię wszystko delikatnie i na spokojnie, cholernie mu się to podoba. Seks jest fantastyczny. A ja bawię się w żeńską wersję Greya. Takiego ugrzecznionego, jak ten z książki, którym zachwycają się znudzone Ojcem Mateuszem gospodynie domowe. Jaki kraj, taki Grey. Dwa tygodnie później Piotr leci do Szwajcarii. Będzie w Polsce dopiero za kilka miesięcy, ale kiedy przyjedzie, ja będę na innej półkuli, więc się nie spotkamy. Czasem wymieniamy się mailami. Są raczej suche, zresztą nie bardzo sobie wyobrażam mailowy seksting i w ogóle jakikolwiek seksting w jego wykonaniu. Potem zakochuje się w Susan, dziewczynie z pracy, biorą ślub. Mam nadzieję, że jest szczęśliwy. Nie wymieniamy już maili, zaproponowałam, że tak będzie lepiej i uczciwiej wobec Susan. Przyznał mi rację. (Tragi)komedia ludzkaGdyby Balzac żył, to od przesuwania zdjęć na Tinderze bolałyby go palce. Po pierwsze, Balzac bardzo lubił laski i romanse, a po drugie, kręciło go oglądanie najróżniejszych ludzi. Tinder to takie stendhalowskie zwierciadło przechadzające się po naszym gościńcu. Znajdziemy tam więc mężczyzn (i kobiety) w różnym wieku, z różnych miejsc na świecie, z małych i dużych miejscowości, przedstawicieli wszystkich możliwych zawodów. Singli, rozwodników, wdowców; gości zdradzających swoje żony i dziewczyny; całą masę facetów, którzy chcą być w otwartych relacjach, szukają kogoś do układu friends with benefits albo są zupełnie otwarcie poliamorystami. Znajdziemy mężczyzn szukających ONS (one night stand, czyli jednorazowego seksu), ale też (dużo rzadziej) gości deklarujących, że szukają poważnego do woli przeglądać i przewijać. Chcemy prawnika? Wybieramy facetów z takim opisem albo takich, którzy wpisali w uczelni „WPiA”. W końcu nie ma prawnika, który na wstępie nas nie poinformuje, że jest prawnikiem, ewentualnie studentem prawa, a więc prawnikiem in spe. Trochę trudniej o lekarzy, bo młodzi lekarze są w Polsce cholernie zajęci, pracują na trzy etaty, a w dodatku w wolnych chwilach muszą strajkować, bo nie dość, że są przepracowani, to jeszcze państwo płaci im gówniane pieniądze. Znajdziemy urzędników każdego szczebla, biznesmenów, restauratorów i kelnerów, tancerzy, aktorów, poetów, pisarzy, muzyków, rzeźbiarzy, malarzy i fotografów. Tinder jest pełen programistów, speców od PR, kołczów, trenerów fitness, gości, którzy określają się jako „social media ninja” albo „digital nomad”. Wreszcie jest tam dużo dziennikarzy, pracowników gazet, telewizji i radia, działaczy, społeczników, filozofów i socjologów. Gości po zawodówkach, po studiach, doktorów i wszystkie opcje polityczne i religijne. Widziałam (co nie znaczy, że chciałam spotkać osobiście) gości z Zadrugi, ultrakatoli, narodowców, korwinistów, religijnych maniaków, kibiców z powstańczymi kotwiczkami, neoliberałów, anarchistów, libertarian i szczęście mamy wybór, ale i tak czasem można się potknąć i trafić na kawę czy piwo z kimś, kto wzbudza nasze obrzydzenie. Kilka razy natknęłam się na rasistów, homofobów i antysemitów, napiszę o tym trochę później. Zawsze w takich wypadkach było trochę strasznie, bo okropnie się wkurzam, jak osobiście spotykam złych i głupich jakieś hobby? Spoko, prawie na pewno znajdziesz na Tinderze faceta, który tak jak ty zbiera zapalniczki, jest od stóp do głów wydziarany, ma nasrane na punkcie crossfitu, tańczy tango czy inną kizombę, lubi grać w brydża, jeździć na motocyklu, uprawiać ogródek czy palić blanty. Najgorzej, jeśli robi te wszystkie rzeczy naraz, bo trudno nadążyć, ale każdemu według pierwsze dwa lata używania Tindera w szaleństwie mojego poszukiwania nie było metody. Zwracałam raczej uwagę na zdjęcia i chodziłam dość szybko na spotkania z masą facetów. Wtedy też natknęłam się na największych kosmitów i nauczyłam, że niedopasowana randka to nie tylko stracony czas, ale też wielokrotnie powód do sporego wkurwienia i frustracji. Z drugiej strony w ciągu tych dwóch lat znalazłam na Tinderze to, czego wtedy szukałam: stałe relacje. Jedna trwała cztery miesiące, inna trzy, kolejne po dwa. Co prawda żadna nie skończyła się podsumowaniem: „I żyli długo i szczęśliwie”, ale przynajmniej było miło, były uczucia i jakaś stabilizacja. Niestety było też przekonanie, że na Tinderze można spotkać miłość. Przekonanie, które oczywiście nie jest w 100 procentach nieprawdziwe, ale z dzisiejszej perspektywy uważam je za cholernie pewnym momencie, zmęczona poszukiwaniami i kilkumiesięcznymi związkami, które okazały się stratą czasu, uznałam, że wystarczy, czas zrewidować oczekiwania i podejść do Tindera inaczej. Zaczęłam się spotykać z kilkoma facetami naraz i było dużo zabawniej. Wszyscy (łącznie ze mną) deklarowali, że nie szukają nikogo na stałe, nikt nie zadawał pytań. Można było się dorobić ładnego „zestawu” według swoich upodobań. Mieć dużego miśka do przytulania, cholernie gibkiego tancerza z ładnym ciałem, żeby się na niego pogapić po seksie, fajnego felietonistę do dyskutowania i nerda do grania razem w stare gry przez sieć. Aha, no i oczywiście z każdym można iść do łóżka i z każdym jest mniej lub bardziej ciekawie. Jeśli nie jest, to zamienia się jednego nerda na drugiego, felietonistę na reportera, a miśka na drwalopodobnego hipstera i tak stał się dla mnie źródłem uniesień i fizycznych przyjemności. Ale nie tylko. Fajnie było w ramach małżeństwa oddzielić się od reszty świata i spędzać każdy wieczór z człowiekiem, którego się kocha. Po rozstaniu jednak okazało się, że większości znajomych nie widziałam od studiów, część się gdzieś rozjechała, z innymi nie miałam kontaktu, a reszta odpada, bo była kręgiem towarzyskim byłego męża. Nagle odkryłam, że właściwie nie mam nikogo poza dwiema koleżankami z liceum i najlepszym przyjacielem, z którym zamiast na imprezy chodziliśmy na obiady i kolacje. I tutaj z pomocą przyszedł Tinder. Nareszcie było z kim iść do kina i knajpy. Po pewnym czasie grono nowo poznanych facetów urosło. Z kilkoma zaprzyjaźniłam się od razu, właściwie zupełnie pomijając etap randkowania. Z kolejnymi po jednorazowych przygodach, po paru randkach, a czasem po dłuższych otwartych relacjach. Dzisiaj wśród bliskich przyjaciół mam kilku takich tinderowych. Wspaniałych facetów, na których mogłam i mogę liczyć. Poznani na Tinderze kumple, koledzy i przyjaciele pomagali mi się przeprowadzać, naprawić komputer, przywieźć meble z Ikei. Kiedy jest mi źle i smutno, są na żywo, lub przynajmniej na odległość, gotowi słuchać, radzić i pomagać. Kiedyś nawet jeden przyjechał w środku nocy pomóc mi się pozbyć z domu gigantycznej ćmy, która terroryzowała mnie przez kilka godzin i nie chciała dać się poznanym na Tinderze przyjaciołom przestałam jeść mięso, często słuchałam ich rad, wybierając miejsce na urlop, podsuwali mi nową muzykę, filmy i książki. Ja też (mam nadzieję) wystarczająco dużo i dobrze ich wspierałam. Czytałam ich artykuły, słuchałam ich płyt, pomagałam im wybierać ubrania, kanapy czy malować mieszkania. I słuchałam. Przyjaciele są też po to, żeby mieć do kogo Tinderze można więc znaleźć towarzystwo. Z różnych środowisk. Wcześniej znałam głównie ludzi z pracy i prawników – znajomych byłego męża. Dzięki Tinderowi mogłam poznawać osoby z kręgów, które dotąd były dla mnie niedostępne. Nie muszę pisać, że właściwie wszyscy byli ciekawsi niż przedstawiciele prawda nie jestem imprezowa i okazało się, że dalej lubię domówki najwyżej trzyosobowe, że brutaże, techno i masy krytyczne są nie dla mnie, że na wernisażach jest nudno, bo tłok, zamiast oglądać rzeźby i obrazy, trzeba z kimś rozmawiać, a wino jest podłe. Nigdy nie przepadałam za bankietami, festiwalami, premierami, weselami i innymi spędami, więc nie miałam okazji dzięki tinderowym znajomościom spotykać większej liczby ludzi. I chyba mi to nie na Tinderze osoby można traktować jako naprawdę bliskie i się z nimi zżyć. Aplikacja i randki są sztuczne, przyjaźnie zawarte na Tinderze – już nie. Znajomi z Tindera mogą nas zaprzyjaźnić ze swoimi znajomymi. Można zbudować wokół Tindera świat, a przynajmniej kawałek świata. Zwłaszcza jeśli jest się wycofanym i samotnym człowiekiem. Ja byłam mi to jeszcze zwycięstwem popadają w nałóg, czyli o uzależnieniuI tak się okazało, że Tinder jest zajebisty. Można osiągnąć sukces towarzyski, poznać ciekawych ludzi, wiele się nauczyć. Można mieć prawie nieograniczoną liczbę przygód, kolacji, śniadań, randek i romantycznych spacerów, mnóstwo seksu i przytulania. Przestać być nołlajfem siedzącym w domu. Można wreszcie, co było najważniejsze, usłyszeć wiele miłych rzeczy na swój temat. Od nudnej klasyki gatunku, czyli komplementów na tinderowym czacie na temat zdjęć, po zachwyty dotyczące smaku cipki czy kształtu z nas ma uszkodzone poczucie własnej wartości. Wydaje się nam, że jesteśmy przegrywami, cierpimy na syndrom kłamcy. Jesteśmy przekonani, że inni są fajniejsi, ładniejsi, mądrzejsi. Że jesteśmy gówno warci, za grubi, za niscy, że nic nie osiągnęliśmy, a w ogóle to przegraliśmy życie, bo nie poszliśmy na medycynę i dalej nie przeczytaliśmy zaczynałam korzystać z Tindera, miałam milion kompleksów. Łatwiej sobie z nimi radzić, siedząc z mężem w kawalerce, grając w gry i oglądając seriale, w końcu tylko jedna osoba widzi gruby tyłek i wie, że tak naprawdę nie rozumiem do końca, o co chodzi w tej teorii postkolonialnej. W dodatku skoro siedzi w tej kawalerce już kilka lat, to znaczy, że zaakceptował moje rozwodzie wszystko się skończyło i stanęłam twarzą w twarz z dziesiątkami facetów. I nagle zdziwienie. Podobam się im! Podoba im się, jak się ubieram! Podobają im się szczegóły, o których nawet nie miałam pojęcia!Pierwszy facet z Tindera, z którym idę do łóżka po rozstaniu z mężem, wspomniany już reżyser, jest zachwycony. Twierdzi, że każdy mój gest jest szalenie seksowny i że widok mnie pochylającej się i zapinającej kozaki na obcasie jest oszałamiający. Kurwa, oszałamiający! Te słowa dzwonią mi w uszach przez wiele tygodni jak upierdliwy refren piosenki Bednarka zasłyszanej w kozaki na obcasie kilka dni przed spotkaniem z reżyserem. Wcześniej raczej nie nosiłam obcasów. Tak to jest, jak mąż przez lata powtarza, że najpiękniej wyglądasz w jeansach i trampkach. Potem się dowiaduję, że puka laskę, która chodzi ubrana jak Edyta Górniak. Czyli co prawda niezbyt gustownie, ale chyba seksownie. Wtedy doszłam do wniosku, że z tymi trampkami i jeansami to pierdolenie i nie wiadomo, kto się bardziej oszukiwał, ja czy on. I że należy kupić jakieś szpilki i bieliznę, która nie jest sprzedawana w trójpakach. I że sukienki z szafy nie nadają się do niczego poza zasłanianiem jak największej powierzchni ciała. I że puchowe kurtki pozwalają się uroczo upodobnić do ludzika Michelina, ale ładnie wcięta talia lepiej wygląda w płaszczach. Jednym słowem, odkryłam, że można się wylaszczyć i że ktoś to entuzjastycznie zauważy, w przeciwieństwie do byłego dodatku wiele rzeczy, które miałam od zawsze, zostaje pięknie nazwanych i skomplementowanych. Okazuje się więc, że mam śliczne usta, głos, stopy i masę innych kawałków, które nie są przecież zależne ode mnie, a strasznie się podobają moim tinderrandkowiczom. I jeszcze ktoś docenia, jak zapinam kozaki, no kurwa, ktoś w ogóle zwraca uwagę na to, że wkładam obuwie! Ale czad!Kompleksy jakby się zacierają. Mądry terapeuta wytłumaczyłby mi, że źródłem poczucia własnej wartości nie powinni być dla mnie inni ludzie i ich komplementy, ale ja sama. Tylko że jak różni faceci powtarzają mi dziesiątki razy, że mam śliczny tyłek czy uśmiech, to po prostu zaczynam w to wierzyć. Zaczynam to traktować jak fakt, niemalże naukowy, bo przecież potwierdzony przez wielu niezależnych szok: nie dość, że chłopaki z Tindera chętnie się ze mną widują, to jeszcze twierdzą uparcie, że mam zajebiste poczucie humoru, że świetnie się ze mną rozmawia na wiele tematów, a w ogóle to mam w chuj ciekawą osobowość i, cokolwiek to znaczy, seksowny mózg. Mówią tak nawet faceci, z którymi przestaję sypiać, a zaczynam się po prostu przyjaźnić. Nagle zewnętrzna afirmacja dotyczy też intelektu. Sfery, która zawsze była dla mnie ważna, może nawet ważniejsza niż dodatku sama widzę różnicę. Nagle zauważam, że chyba naprawdę jestem fajna i czarująca. Żaden facet nie ucieka z randki przez okno w toalecie, większość pisze i dzwoni po spotkaniu, że chcieliby więcej. Widuję się z kilkoma (w moim pojęciu) ultraciekawymi mężczyznami i, o zgrozo, mają ze mną o czym rozmawiać. Coś tam pamiętam z tych przeczytanych książek, faktycznie mam sporo zainteresowań (tylko nigdy o tym nie myślałam, skoro inni mają więcej) i nie jestem nudnym bejem. W końcu zaczynam wierzyć, że nie odstaję intelektualnie od większości facetów, a od tych wybitnych nie odstaję jakoś staje się jak narkotyk. Czuję się dzięki niemu piękna i mądra. Najpierw faceci patrzą na mnie w zupełnie inny sposób niż mój były partner. Potem sama zaczynam na siebie inaczej patrzeć. Jest zajebiście. Tinder jest jak kokaina. Czuję się świetnie, chce mi się, nawet mam siłę czasem iść na siłownię albo przynajmniej uprawiać seks przez cztery godziny bez przerwy. Tyle że kokaina jest podobno strasznie droga, a Tinder jest za darmo i nie wsadzają za niego do więzienia. Ale tak samo jak można się uzależnić od kokainy, można się uzależnić od moim życiu Tinder pojawia się w momencie kryzysu i nieco pomaga mi z niego wyjść. Życie po rozwodzie staje się ciekawe i nabiera chociaż trochę sensu. W połowie stateczne korpo, w drugiej połowie tinderowe hulanki i swawole. I prawie nie ma miejsca na płacz po nocach, bezsenność i wyobrażanie sobie, co by się powiedziało, jakby się spotkało byłego się wydaje, że praca w korpo jest fajna. Że chodzi się w ładnych garsonkach, siedzi przy designerskim biurku i dostaje ambitne zadania. Wszyscy są ładni, mili, a hajs jest ekstra. Inni z kolei są przekonani, że w korpo siedzi się w szarym biurze w małych boksach, pracuje po dwanaście godzin, a po pracy jest się tak zjebanym, że nie ma kiedy wydawać tego hajsu. A w ogóle to szef chce, żeby przyjść do pracy w niedzielę, bo jest zamknięcie zaraz po skończeniu studiów zaczynam pracę w korpo z obrazka. Nie ma może designu, zadania zwykle nie są ciekawe, a współpracownicy nie są niestety przystojni jak w serialu W garniturach, natomiast wszyscy są bardzo mili i kompetentni i można się wiele nauczyć. W pracy jest straszna beka, ludzie wysyłają sobie memy i grają na PlayStation w pokoju konferencyjnym. I hajs się fajne, ambitne studia to jedno, natomiast zarabiać na wspólne mieszkanie, opłaty, książki, knajpy i wakacje to już zupełnie inna sprawa. Ja skończyłam humanistyczny kierunek, o którym się żartuje, że jego absolwenci pracują w McDonaldach, mój eks studiował prawo. Prawnicy oraz prawnicy in spe zarabiają raczej bardzo kiepsko. Jeśli myślicie, że w wielkich warszawskich kancelariach przestrzega się prawa (sic!) pracy i zatrudnia ludzi za godziwy hajs i na właściwych umowach, to źle myślicie. Po studiach poszłam więc grzecznie na etat w korpo, żebyśmy mieli z byłym mężem z czego żyć. Potem hajs też był potrzebny, był rozwód i trzeba było zarabiać na swoje jednoosobowe gospodarstwo domowe. Korpo trzeba było pokochać, a przynajmniej polubić, bo przecież gdybym je znienawidziła, to strasznie trudno byłoby mi chodzić do da się jednak ukryć, że takie korpo to trochę nuda. Codziennie robię prawie to samo, z tymi samymi ludźmi, przez osiem godzin. Wokół mnie szara biurowa wykładzina, wielkie okna, przez które widać jakieś parkingi i inne nudne biurowce. Na podwieszanym suficie rząd jasnych lamp, ładne przegrody między stojącymi naprzeciw siebie biurkami – bo kto chce całymi dniami gapić się zza monitora, jak koleżanka z pracy próbuje wydłubać sobie dyskretnie spomiędzy zębów resztki lunchu od „Pana Kanapki”?Szefowie to mili ludzie, tacy jak my, tylko lepiej zarabiają. Praca niby nie jest jakimś głupim wprowadzaniem danych ani call center, ale jednak codziennie ten sam rozkład, ci sami ludzie przynoszą podobne cyferki, trzeba tak samo coś zamówić, identycznie jak wczoraj to opisać, odebrać dwa podobne telefony i wykonać trzy kolejne. 50 twarzy Tindera Szukasz sensu na jedną noc? A może seksu na całe życie? Polizwiązku z kilkoma fajnymi osobami? Stałej, monogamicznej relacji? Dalej nie możesz znaleźć miłości? A może była, ale się skończyła?Na Tinderze możesz znaleźć to wszystko, a nawet Jędrusik korzystała z tej apki tak intensywnie, że momentami aż bolał ją kciuk od przewijania potencjalnych partnerów. I tylko raz umówiła się na randkę z fanem jej przygody na przemian chce się płakać i wybucha się śmiechem. Nie zdziw się jednak, gdy w przezabawnie opisywanych przez nią randkach, odnajdziesz portrety osób przypominające twoich znajomych. Na to uzależnienie nie ma odtruwania, nie dają metadonu, nie ma stowarzyszenia anonimowych tinderoholików. Ja poszłam do terapeuty, gdy w pewnym momencie uznałam, że może za dużo czasu spędzam na randkach, i trochę się zmartwiłam. Fragment książki Joanny Jędrusik „50 twarzy Tindera”.I tak się okazało, że Tinder jest zajebisty. Można osiągnąć sukces towarzyski, poznać ciekawych ludzi, wiele się nauczyć. Można mieć prawie nieograniczoną liczbę przygód, kolacji, śniadań, randek i romantycznych spacerów, mnóstwo seksu i przytulania. Przestać być nołlajfem siedzącym w domu. Można wreszcie, co było najważniejsze, usłyszeć wiele miłych rzeczy na swój temat. Od nudnej klasyki gatunku, czyli komplementów na tinderowym czacie na temat zdjęć, po zachwyty dotyczące smaku cipki czy kształtu sutków. Większość z nas ma uszkodzone poczucie własnej wartości. Wydaje się nam, że jesteśmy przegrywami, cierpimy na syndrom kłamcy. Jesteśmy przekonani, że inni są fajniejsi, ładniejsi, mądrzejsi. Że jesteśmy gówno warci, za grubi, za niscy, że nic nie osiągnęliśmy, a w ogóle to przegraliśmy życie, bo nie poszliśmy na medycynę i dalej nie przeczytaliśmy Prousta. Jak zaczynałam korzystać z Tindera, miałam milion kompleksów. Łatwiej sobie z nimi radzić, siedząc z mężem w kawalerce, grając w gry i oglądając seriale, w końcu tylko jedna osoba widzi gruby tyłek i wie, że tak naprawdę nie rozumiem do końca, o co chodzi w tej teorii postkolonialnej. W dodatku skoro siedzi w tej kawalerce już kilka lat, to znaczy, że zaakceptował moje wady. Po rozwodzie wszystko się skończyło i stanęłam twarzą w twarz z dziesiątkami facetów. I nagle zdziwienie. Podobam się im! Podoba im się, jak się ubieram! Podobają im się szczegóły, o których nawet nie miałam pojęcia! Pierwszy facet z Tindera, z którym idę do łóżka po rozstaniu z mężem, wspomniany już reżyser, jest zachwycony. Twierdzi, że każdy mój gest jest szalenie seksowny i że widok mnie pochylającej się i zapinającej kozaki na obcasie jest oszałamiający. Kurwa, oszałamiający! Te słowa dzwonią mi w uszach przez wiele tygodni jak upierdliwy refren piosenki Bednarka zasłyszanej w taksówce. Kupiłam kozaki na obcasie kilka dni przed spotkaniem z reżyserem. Wcześniej raczej nie nosiłam obcasów. Tak to jest, jak mąż przez lata powtarza, że najpiękniej wyglądasz w jeansach i trampkach. Potem się dowiaduję, że puka laskę, która chodzi ubrana jak Edyta Górniak. Czyli co prawda niezbyt gustownie, ale chyba seksownie. Wtedy doszłam do wniosku, że z tymi trampkami i jeansami to pierdolenie i nie wiadomo, kto się bardziej oszukiwał, ja czy on. I że należy kupić jakieś szpilki i bieliznę, która nie jest sprzedawana w trójpakach. I że sukienki z szafy nie nadają się do niczego poza zasłanianiem jak największej powierzchni ciała. I że puchowe kurtki pozwalają się uroczo upodobnić do ludzika Michelina, ale ładnie wcięta talia lepiej wygląda w płaszczach. Jednym słowem, odkryłam, że można się wylaszczyć i że ktoś to entuzjastycznie zauważy, w przeciwieństwie do byłego męża. Zabieram go do domu. Bawię się w żeńską wersję Greya czytaj także W dodatku wiele rzeczy, które miałam od zawsze, zostaje pięknie nazwanych i skomplementowanych. Okazuje się więc, że mam śliczne usta, głos, stopy i masę innych kawałków, które nie są przecież zależne ode mnie, a strasznie się podobają moim tinderrandkowiczom. I jeszcze ktoś docenia, jak zapinam kozaki, no kurwa, ktoś w ogóle zwraca uwagę na to, że wkładam obuwie! Ale czad! Kompleksy jakby się zacierają. Mądry terapeuta wytłumaczyłby mi, że źródłem poczucia własnej wartości nie powinni być dla mnie inni ludzie i ich komplementy, ale ja sama. Tylko że jak różni faceci powtarzają mi dziesiątki razy, że mam śliczny tyłek czy uśmiech, to po prostu zaczynam w to wierzyć. Zaczynam to traktować jak fakt, niemalże naukowy, bo przecież potwierdzony przez wielu niezależnych świadków. Kolejny szok: nie dość, że chłopaki z Tindera chętnie się ze mną widują, to jeszcze twierdzą uparcie, że mam zajebiste poczucie humoru, że świetnie się ze mną rozmawia na wiele tematów, a w ogóle to mam w chuj ciekawą osobowość i, cokolwiek to znaczy, seksowny mózg. Mówią tak nawet faceci, z którymi przestaję sypiać, a zaczynam się po prostu przyjaźnić. Nagle zewnętrzna afirmacja dotyczy też intelektu. Sfery, która zawsze była dla mnie ważna, może nawet ważniejsza niż wygląd. Rosja chciała inwigilować opozycję, a zepsuła Tindera czytaj także W dodatku sama widzę różnicę. Nagle zauważam, że chyba naprawdę jestem fajna i czarująca. Żaden facet nie ucieka z randki przez okno w toalecie, większość pisze i dzwoni po spotkaniu, że chcieliby więcej. Widuję się z kilkoma (w moim pojęciu) ultraciekawymi mężczyznami i, o zgrozo, mają ze mną o czym rozmawiać. Coś tam pamiętam z tych przeczytanych książek, faktycznie mam sporo zainteresowań (tylko nigdy o tym nie myślałam, skoro inni mają więcej) i nie jestem nudnym bejem. W końcu zaczynam wierzyć, że nie odstaję intelektualnie od większości facetów, a od tych wybitnych nie odstaję jakoś dramatycznie. Tinder staje się jak narkotyk. Czuję się dzięki niemu piękna i mądra. Najpierw faceci patrzą na mnie w zupełnie inny sposób niż mój były partner. Potem sama zaczynam na siebie inaczej patrzeć. Jest zajebiście. Tinder jest jak kokaina. Czuję się świetnie, chce mi się, nawet mam siłę czasem iść na siłownię albo przynajmniej uprawiać seks przez cztery godziny bez przerwy. Tyle że kokaina jest podobno strasznie droga, a Tinder jest za darmo i nie wsadzają za niego do więzienia. Ale tak samo jak można się uzależnić od kokainy, można się uzależnić od Tindera. Gdzie są te koty? czytaj także W moim życiu Tinder pojawia się w momencie kryzysu i nieco pomaga mi z niego wyjść. Życie po rozwodzie staje się ciekawe i nabiera chociaż trochę sensu. W połowie stateczne korpo, w drugiej połowie tinderowe hulanki i swawole. I prawie nie ma miejsca na płacz po nocach, bezsenność i wyobrażanie sobie, co by się powiedziało, jakby się spotkało byłego męża. Niektórym się wydaje, że praca w korpo jest fajna. Że chodzi się w ładnych garsonkach, siedzi przy designerskim biurku i dostaje ambitne zadania. Wszyscy są ładni, mili, a hajs jest ekstra. Inni z kolei są przekonani, że w korpo siedzi się w szarym biurze w małych boksach, pracuje po dwanaście godzin, a po pracy jest się tak zjebanym, że nie ma kiedy wydawać tego hajsu. A w ogóle to szef chce, żeby przyjść do pracy w niedzielę, bo jest zamknięcie projektu. Zapytałam dziewczyny o narkotyki i seks na polskich festiwalach czytaj także Ja zaraz po skończeniu studiów zaczynam pracę w korpo z obrazka. Nie ma może designu, zadania zwykle nie są ciekawe, a współpracownicy nie są niestety przystojni jak w serialu W garniturach, natomiast wszyscy są bardzo mili i kompetentni i można się wiele nauczyć. W pracy jest straszna beka, ludzie wysyłają sobie memy i grają na PlayStation w pokoju konferencyjnym. I hajs się zgadza. Niektórym się wydaje, że praca w korpo jest fajna. Że chodzi się w ładnych garsonkach, siedzi przy designerskim biurku i dostaje ambitne zadania. Skończyć fajne, ambitne studia to jedno, natomiast zarabiać na wspólne mieszkanie, opłaty, książki, knajpy i wakacje to już zupełnie inna sprawa. Ja skończyłam humanistyczny kierunek, o którym się żartuje, że jego absolwenci pracują w McDonaldach, mój eks studiował prawo. Prawnicy oraz prawnicy in spe zarabiają raczej bardzo kiepsko. Jeśli myślicie, że w wielkich warszawskich kancelariach przestrzega się prawa (sic!) pracy i zatrudnia ludzi za godziwy hajs i na właściwych umowach, to źle myślicie. Po studiach poszłam więc grzecznie na etat w korpo, żebyśmy mieli z byłym mężem z czego żyć. Potem hajs też był potrzebny, był rozwód i trzeba było zarabiać na swoje jednoosobowe gospodarstwo domowe. Korpo trzeba było pokochać, a przynajmniej polubić, bo przecież gdybym je znienawidziła, to strasznie trudno byłoby mi chodzić do pracy. Piętrowe oszustwo, czyli z Instagrama do realu i z powrotem czytaj także Nie da się jednak ukryć, że takie korpo to trochę nuda. Codziennie robię prawie to samo, z tymi samymi ludźmi, przez osiem godzin. Wokół mnie szara biurowa wykładzina, wielkie okna, przez które widać jakieś parkingi i inne nudne biurowce. Na podwieszanym suficie rząd jasnych lamp, ładne przegrody między stojącymi naprzeciw siebie biurkami – bo kto chce całymi dniami gapić się zza monitora, jak koleżanka z pracy próbuje wydłubać sobie dyskretnie spomiędzy zębów resztki lunchu od „Pana Kanapki”? Szefowie to mili ludzie, tacy jak my, tylko lepiej zarabiają. Praca niby nie jest jakimś głupim wprowadzaniem danych ani call center, ale jednak codziennie ten sam rozkład, ci sami ludzie przynoszą podobne cyferki, trzeba tak samo coś zamówić, identycznie jak wczoraj to opisać, odebrać dwa podobne telefony i wykonać trzy kolejne. Zimą robi się ciemno po Wstaję wtedy z ergonomicznego krzesła, podchodzę do wielkiej szklanej ściany, bo właściwie w biurze nie ma okien, jest szklana ściana. Obserwuję budynek naprzeciwko. Wszędzie pali się światło, pięter jest kilkanaście, może więcej? Patrzę na inne biura, inne open space’y. Ludzie siedzą przy takich samych biurkach jak ja. Opieram czoło o szybę, może na którymś piętrze będzie coś nowego. Nigdy nic ciekawego się nie dzieje. Wszyscy klepią w komputery. Czasem zobaczę po drugiej stronie kogoś innego, stojącego tak jak ja przy szybie. Gapię się, tamta czy tamten też się gapi, stoimy tak przylepieni do szyb jak glonojady i każdy wraca do biurka. Tyle. Pasztet, Iron Majdan i Beata Kozidrak. Weekend z życia wielu lewicowych studentów czytaj także Potem jadę do domu tramwajem. Codziennie tak samo. Mijam te same ulice, w tramwaju migają te same twarze. Wracam do tego samego mieszkania. Odgrzewam jakieś żarcie, jem przy komputerze, oglądając seriale. Potem kąpię się, idę spać i rano wstaję do korpopracy. Nie wiem jak inni, ale ja po kilku latach dostaję lekkiego pierdolca. I wtedy pojawia się Tinder. W biurze często mam czas. Czasem robię coś przez dwie godziny, a kolejne sześć się nudzę. Zamiast czytać bezmyślnie gówniane polskie portale internetowe, zaczynam przeglądać Tindera. Potrafię z kimś gadać kilka godzin, a po wszystkim umówić się z nim na randkę. Zamiast do siebie, jadę do knajpy. I zdarza się, że potem przyprowadzam kogoś do domu. Albo spędzam noc poza domem. Dwa, trzy, czasem cztery razy w tygodniu. Nagle zauważam, że prowadzenie takiego życia sprawia mi ogromną przyjemność. Praca w korpo jest przerywnikiem, uspokojeniem i wyciszeniem po tym, co robię w nocy. Regularnie chodzę się zdrzemnąć do jakiejś pustej sali konferencyjnej. Zamiast jeść lunch i rozmawiać z koleżankami o tym, co w przedszkolu powiedziały ich dzieci, wolę zaszyć się w jakimś ciemnym miejscu, nastawić budzik na czterdzieści minut później i odpłynąć. Leksykolożka, couchsurferka i korposuka, czyli „Słownik nazw żeńskich polszczyzny” czytaj także Korpo staje się bezpieczną, nudną przystanią. Życie jest gdzie indziej. Zaczynam stale nosić w torebce szczoteczkę do zębów i majtki na zmianę. Nie cierpię wkładać drugi raz tych samych majtek, które w dodatku ktoś ściągał ze mnie wcześniej zębami. W biurowej szafce trzymam czyste bluzki i sukienki. Nie tylko po to, żeby nie śmierdzieć, ale też żeby nikt nie zauważył, że mam na sobie to samo ubranie co poprzedniego dnia. Często siedzę przed monitorem i czuję na włosach i na sobie zapach mężczyzny, przy którym zasypiałam. Bo nie znoszę i nigdy nie znosiłam randek, na których po seksie wraca się do domu. Jeśli idę do łóżka, to raczej z kimś, kogo lubię. A jak go lubię, to chcę go przytulić i przy nim zasnąć. Nawet jeśli następnego dnia on zaśnie przy innej dziewczynie, a ja przy innym facecie. Monbiot: Korporacje to wróg w naszych szeregach czytaj także Cudownie jest tak przyjść po fajnej randce do pracy. Siadam przy biurku, odpalam kilka aplikacji i udaję, że gapię się w ekran. A w głowie mam flashbacki z poprzedniej nocy. Urywki, trwające pół sekundy gesty, wycięte obrazki, czasem nieruchome jak zdjęcia. Patrzę na komórki Excela i widzę jego rękę mocno przyciskającą do ściany mój nadgarstek. Otwieram po kolei maile. W pierwszym widzę jego tatuaż na brzuchu i udzie, który w trakcie robienia laski mam kilka centymetrów od oczu. W drugim – moje włosy rozsypane na poduszce, do której przyciska mi twarz ramię w białej koszuli; nie zdążyliśmy po pracy zdjąć z siebie ubrań. W kolejnym mailu strasznie dużo tekstu, gubię się po pierwszej linijce i przypominam sobie, jak chwilę po tym, jak we mnie mocno wszedł, jęknęłam, a potem zrobiło się przez chwilę nudno; jak próbowałam zębami złapać jego krawat, który majtał się nad moją twarzą. Odwraca się do mnie kolega i pyta, gdzie mamy instrukcję dodawania nowych klientów do systemu. Musi dwa razy powtórzyć pytanie, zanim wyślę mu linka do folderu. Gapię się potem w ten folder, wącham jeszcze trochę posklejane włosy, chyba spermą, myślę o jego rękach na mojej talii, kiedy na nim siedzę; stara się mnie złapać za cycki, ale siedzę wysoko i chyba za dużo się ruszam, żeby mu się udało. Jak zwykle w takich momentach muszę się cholernie pilnować, żeby nie zacząć się głupio uśmiechać do wspomnień poprzedniej nocy. Czasami nie mogę przestać o tym myśleć. Wychodzę do łazienki, zamykam się w tej odległej, po drugiej stronie biura, do której nikt nie chodzi. Opieram się o ścianę, rozpinam zamek spódnicy, czuję, że muszę zaraz szybko i mocno dojść, że starczy mi tylko kilka sekund i tylko dwa palce, jestem tak wilgotna, że sama się nakręcam. Przygryzam własną pięść, żeby nie wydać żadnego dźwięku. I tak jest pusto i nikt nie usłyszy. Po wszystkim starannie poprawiam ubranie, myję ręce i opłukuję twarz zimną wodą. Po kilku sekundach przestaję się rumienić i uśmiechać. Wychodzę z poważną miną, wracam do swojego biurka, siadam do komputera. Bo kiedyś muszę przeczytać te cholerne maile, w których wcale nie ma tych seksownych obrazków, tylko prośby o wysłanie planu szkolenia na przyszły tydzień i inne bzdury. Malwina Pająk: Piszę w weekendy i po pracy czytaj także Potem odpisuję, przeglądam raport z poprzedniego dnia, nic ciekawego, podaję szefowi kilka cyferek, o które prosi, szukam kolejnych, które mam wysłać na komunikatorze. Na telefonie zapala się dioda. Dostaję wiadomość. Mój wczorajszy towarzysz pisze, że znowu chciałby mi się spuścić do ust. Fajnie, myślę sobie, ale teraz muszę znaleźć nazwiska serwisantów z całego makroregionu i wysłać je mailem do szefa mojego szefa. Najwyraźniej nie chce mu się szukać, w końcu jest szefem. Znajdę, powysyłam i jeszcze dodam ich maile i telefony do Excela. Ignoruję wiadomość o spuszczaniu się do ust. Teraz jest czas dla korpo. Odpiszę za godzinę. Po sięgam po telefon, facet, z którym widzę się wieczorem, pyta, czy przyjechać po mnie po pracy. Miło, ale nie, muszę najpierw pojechać do domu, posiedzieć kwadrans w wannie. Zmyć z siebie jednego mężczyznę, żebym mogła się ubrudzić drugim. Spotykamy się dopiero o Oglądamy u niego Grę o tron i idziemy do łóżka. Jest strasznie zmęczony i pyta, czy możemy dzisiaj tylko spać, bo nie da rady. Spotykamy się od trzech miesięcy, lubię go. Jasne, że możemy. Rano robi mi śniadanie i zawozi mnie do pracy. Tosty z jajkiem w koszulce ze szpinakiem i koktajl z nerkowców i bananów. Nie powiem mu tego, ale gotuje lepiej, niż się pieprzy. Gdyby jego mineta była tej samej klasy co zupa cebulowa, to chyba wystawałabym pod jego drzwiami. Rzewne pitolenie Coca-Coli czytaj także W pracy nikt o Tinderze nie wie. Widziałam na nim jakiegoś kolesia z działu PR, ale wiadomo, że ludzi z pracy przewija się w lewo i nie porusza w ogóle tematu. Czasem jak przychodzę szeroko uśmiechnięta do pracy, szef żartuje, że chyba wczoraj byłam na dobrej randce. Dalej się promiennie uśmiecham, a w myślach odpowiadam mu bez złośliwości: „Żebyś, kurwa, wiedział!”. Tylko raz świat dzienny i nocny się przenikają. Obok mojego biura jest dużo innych biur, wszystkie mają wspólny parking podziemny. Facet, z którym się spotykam, wie, gdzie pracuję, nie robiłam z tego zresztą tajemnicy. Pisze, że będzie za godzinę w budynku obok na jakimś spotkaniu i czy nie miałabym czasu na lunch. Czytam jego wiadomość, dojadając przy biurku resztki sałatki. Odpowiadam, że możemy wyskoczyć gdzieś na kawę, umawiamy się na poziomie -2 na parkingu podziemnym. Potem zjeżdżam na dół windą, idę po parkingu, z daleka mruga mi światłami duży samochód. Wsiadam do środka, bez słowa zaczynamy się całować. Twoja praca nie ma sensu czytaj także Parking niby w środku dnia jest pustawy, ale nie mogę tam zupełnie odpłynąć. Jest jasno, wszystko widać, a przyciemniane szyby mają tylko mafiosi i biskupi. Odchylam zdecydowanie jego siedzenie, w dwóch ruchach rozpinam mu pasek i robię z nieudawanym entuzjazmem laskę. Schylona poniżej poziomu okien, jestem niewidoczna z zewnątrz. Potem znów długo i czule się całujemy. Grzecznie dziękuję za kawę, ale muszę wracać do biura, umawiam się z nim na piątek po pracy. Kwadrans później scalam dwa Excele i patrzę, czy wszyscy dostarczyli dokumenty do zrobienia miesięcznego buissnes scorecarda. Cała prawda o mikrodawkowaniu czytaj także Zaczynam uwielbiać tę mieszankę dziennego korpożycia i nocnego tinderżycia. Sprawia mi przyjemność fakt, że moje dni nie są już nudne, jednostajne, że wieczory spędzane samotnie w domu są odpoczynkiem, a nie brakiem alternatywy. Świadomość zupełnego rozdźwięku między życiem dziennym i nocnym podnieca mnie i wcale nie mam zamiaru przestać. Tak trzeba żyć. I tak trzeba pracować. Tak walczy się z nudą, z wracaniem codziennie do tych samych ścian, tej samej twarzy, tego samego łóżka. Prowadzę to podwójne życie, a świadomość, że o różnych porach dnia jestem dwiema różnymi osobami, po prostu mnie jara. Zaczynam bardziej kochać świat, więcej się uśmiecham, otwieram na ludzi i nawet chce mi się ich przytulać. Jest jak po MDMA. Tinder uzależnia. I gdzieś mam to, że przecież inni mogą robić podobne rzeczy. Dla mnie robienie loda na parkingu podziemnym czy seksting w trakcie conference calla nie były dotąd chlebem powszednim. Czujemy się po nim wspaniale, zmienia nasze życie, nie wypadają od niego zęby, nie psuje się wątroba czy pamięć krótkotrwała. Jeśli Tinder jest jak narkotyk, to można go brać długo, bez widocznych konsekwencji i czuć się po nim absurdalnie dobrze. Nie mam następnego dnia bólu głowy ani zejścia. Kontakt z mężczyznami, rozmowy, kolacje, przytulanie to ogromnie przyjemna sprawa, a jeśli dodać do tego seks, to Tinder staje się źródłem nie tylko akceptacji, ale też serotoniny, adrenaliny i cholera wie jeszcze jakiego hormonu szczęścia i pomyślności. Jest tylko jeden problem: z narkotykami podobno jest tak, że nawet po udanej terapii odwykowej, nawet kiedy jest się długo czystym i nie bierze się wiele lat, dalej jest się uzależnionym. Bo ćpunem czy alkoholikiem zostaje się już całe życie. Boję się, że Tinder działa tak samo. Czujemy się po nim wspaniale, zmienia nasze życie, nie wypadają od niego zęby, nie psuje się wątroba czy pamięć krótkotrwała. Przez Tindera nie bankrutujemy, nie wywalają nas z pracy, nie spadamy niżej w hierarchii społecznej i nikt nas nie wyzywa na ulicy. Ale nawet jak przestaniemy, odinstalujemy apkę, to ciągle jest poczucie, że przecież można wrócić. Bez przesady, nie tak jak kiedyś, bez ekscesów. Po prostu na jedną randkę, bez szaleństw, tylko raz. Tak podobno tłumaczą się przed sobą narkomani czy alkoholicy. Jeden strzał, a potem jestem czysty. Jeden drink, a potem znowu nie piję. Na to uzależnienie nie ma odtruwania, nie dają metadonu, nie ma stowarzyszenia anonimowych tinderoholików. Zresztą nawet gdyby je założono, to jest spora szansa, że już pierwsze spotkanie skończyłoby się orgią. Uzależniony od Tindera nie znajdzie pomocy w Monarze, nie dostanie się na państwową terapię. Ja poszłam do terapeuty, gdy w pewnym momencie uznałam, że może za dużo czasu spędzam na randkach, i trochę się zmartwiłam. Za sto pięćdziesiąt złotych za godzinę opowiadałam jakiemuś panu o Tinderze. Terapeuta zdiagnozował u mnie uzależnienie od seksu. Od razu pomyślałam: panie, nie tędy droga. Mogę się tylko przytulać i chodzić na randki. Nie chodzi o seks. Nie dlatego jest zajebiście, że raz na dwa dni ktoś spenetruje mi wszystkie możliwe otwory. Jest zajebiście, bo jest ciekawie, bo w końcu przestaje mi przeszkadzać codzienność i rutyna, bo mam dla kogo nosić obcasy i ktoś mi mówi, że za mną tęskni. Bo w końcu życie przestaje się kręcić wokół pracy. Tinder jest dla mnie lekarstwem na nudę i na samotność. Seks to produkt uboczny. Za taką terapię dziękuję bardzo, wypisuję się po trzech spotkaniach. Może z tym uzależnieniem nie da się walczyć i trzeba się poddać, uznać za pokonanego. Opór jest daremny.

50 twarzy tindera fragment